Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przekonania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przekonania. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 sierpnia 2014

NIEZALEŻNOŚĆ - dobra ona czy zła?...


NIEZALEŻNOŚĆ - bardzo modne obecnie słowo, oraz to co cenię bardzo, bardzo, BARDZO. Coś, bez czego nie wyobrażam sobie swojego życia, mimo że mam świadomość, iż czasami poczucie mojej własnej niezależności jest tylko iluzją, bo nawet jak mam wrażenie, że niezależna jestem - może to być tylko wyobrażenie współtworzone przez innych, którzy mniej lub bardziej świadomie wpływają na moje życie - niestety? A może i stety?... Więc jak określić to, co dla mnie jest TYM WŁAŚNIE CZEGO PRAGNĘ?

Co mi daje poczucie "niezależności" (chyba już zawsze tego słowa powinnam używać z cudzysłowiem)? To jest dobre pytanie... Z jednej strony jest chęć granicząca z histeryczną potrzebą bycia w pełni samodzielną, a z drugiej strony rozpaczliwa potrzeba bycia "zaopiekowaną". Zawiła kobieca logika, a może i jej brak... No bo JAK?

NIEZALEŻNOŚĆ FINANSOWA - cenna? Pewnie i tak, jak każda z nich niejako. Teoretycznie, kiedy nie ma ograniczeń finansowych - można wszystko. Można wszystko - kupić... Czy wszystko? Wątpliwe - nie można kupić przecież uczucia... Brak niezależności finansowej boli. Boli dumę i godność jeśli się takowe posiada. Ale może też być wyrafinowanym sposobem na życie... Zależność finansowa pewnie jest łatwiejsza do przełknięcia w przypadku, kiedy jest tymczasowym bezwarunkowym wsparciem. Tylko ile osób wokół nas jest w stanie wesprzeć nas finansowo nie oczekując niczego w zamian? Niczego więcej poza przeświadczeniem, że "Jak ja będę w potrzebie - wtedy jak będziesz mógł - ty mi pomożesz"...

NIEZALEŻNOŚĆ EMOCJONALNA - nie być zależnym od uczuć, od emocji - to smutek, to samotność. I to niemożliwe. Można być twardym, nieugiętym, bezlitosnym - pytanie - Czy na pewno? Może jednak jest to maska, która skrzętnie przykrywa głębokie rany? Może to strach, przed pokazaniem swojego prawdziwego JA? Nie można przecież być kompletnie niezależnym od uczuć i emocji. Można próbować się uniezależnić od pewnych emocji, ale czy warto? Chciałabym się uniezależnić od negatywnych emocji - umieć tak do końca się od nich odciąć, nie dawać się wkręcać w spirale negatywnych odczuć i pozwolić się ponosić tylko temu, co daje poczucie ciepła w sercu... To byłoby piękne, ale jak zawsze jest ALE... Czyż nie istnieje ryzyko, że mój instynkt samozachowawczy zostałby uśpiony?... A co potem?....

NIEZALEŻNOŚĆ FIZYCZNA - w pędzie życia chyba tego w ogóle nie doceniamy. Czasami widząc chore i/lub niepełnosprawne dzieci zatrzymujemy się z refleksją i podziękowaniem Bogu, że nasze dzieci są zdrowe. Nie doceniamy tego, że możemy się sprawnie poruszać, że bez problemu ugotujemy obiad, że pobiegniemy szybko po zakupy jeśli jest taka potrzeba. Jeździmy na rowerze, wyskakujemy z tramwaju, skaczemy na bungy. I zdarza się, że przychodzi taki moment, że ciało zawiedzie, czego później musimy ponosić konsekwencje. Niezależność fizyczna znika w pewnym stopniu i niestety jesteśmy zdani na innych, bo sami nie jesteśmy w stanie nawet drzwi otworzyć...

Ostatnio usłyszałam słowa, które dały mi dużo do myślenia: "Masz nóżki i rączki energetycznie powiązane - jak marionetka, tak na sznureczkach". Efekty są teraz widoczne w postaci znacznego uzależnienia. Fizycznego, bolesnego - także "mentalnie". Czyli moja niezależność istnieje już tylko w teorii. Teraz jej braku doświadczam... Nie jest to coś czego potrzebuję, czego pragnę, czego chce? I pojawia się następny podsunięty temat do przemyśleń: "Może dlatego ludzie łączą się w pary?...."

Zdjęcie z indulgy.com

poniedziałek, 7 lipca 2014

ZMIANA - cz. 1 mojej historii - ŚWIADOMOŚĆ...

Chyba dojrzałam wreszcie, żeby zacząć dzielić się historią moich osobistych ZMIAN, których dokonałam w swoim życiu. Tak naprawdę zmiana to nie jest czarodziejska różdżka, którą zrobisz "pyk" i już jest pięknie... Zmiana to PROCES, który jest rozciągnięty w czasie - zapewne dlatego, że każda zmiana - niezależnie od tego w jakiej sferze życia jej dokonasz - ma olbrzymi wpływ na pozostałe sfery, co przekłada się na żmudne układanie mocno rozsypanych puzzli własnego, osobistego JA.

Zawsze miałam w sobie takie dziwne poczucie, że stojąc w miejscu - cofam się. Życie, które prowadziłam było aktywne - zawsze coś się działo, niezależnie od tego, czy w życiu zawodowym, czy osobistym. A doba miała nadal 24 godziny, które nie były już nawet absolutnym minimum na to by "żyć" - tak - to mi dawało niesamowitą energię :-) Z kolei jak nic się nie działo - miałam wrażenie, że zaczyna się stagnacja, co z kolei zaczynało mnie bardzo "uwierać" - czułam to jako swoisty dyskomfort.

Rozpoczęłam naukę - dodatkowe studium, o którym myślałam już dużo, dużo wcześniej, ale zawsze kończyło się na tym, że nie było czasu a i z finansami tak różnie bywało. No więc ZACZĘŁAM. Znaczna część programu na studium oparta była na podstawach psychologii związanych z rozwojem osobistym. I wtedy właśnie rozpoczęła się MOJA DROGA :)

Z perspektywy czasu już teraz wiem, że podstawą do rozwoju i wdrażania zmian jest ŚWIADOMOŚĆ:

  • tego CO się ze mną (albo dookoła) dzieje
  • DLACZEGO się tak dzieje, a nie inaczej
  • jak się z tym CZUJĘ, a jak chciałabym się czuć
  • co musiałoby się stać, żebym się czuła tak dobrze, jak tego potrzebuję
  • co JA MOGĘ ZROBIĆ, żeby się czuć tak jak chcę
  • jakie mogą być EFEKTY (a trzeba rozważyć te pozytywne i ewentualne negatywne) tego, co mogłabym zrobić
To czego się nauczyłam i co jest dla mnie bardzo, ale to BARDZO cenne to:
  • NIE MA SYTUACJI BEZ WYJŚCIA - mimo czarnowidztwa, które czasami uprawiam. Jak znaleźć to wyjście? Nauczyłam się patrzeć na daną sytuację "z boku" - już sama świadomość, że istnieje taka opcja jak spojrzenie z innej strony - może podnosić na duchu. Tkwiąc pośród rozpaczy, depresji, załamania - przeżywamy silne emocje, a emocje potrafią czasami znacząco zniekształcać rzeczywistość i być tragicznym w skutkach doradcą. To nie jest tak, że w trudnym momencie zaczynam patrzeć na wszystko z boku - może Bruce Wszechmogący by tak potrafił, ale nie ja... Ale teraz wiem, że muszę tą ciężką chwilę przetrwać, a jak się uspokoję - spojrzę na wszystko z zupełnie innej perspektywy... Muszę dać sobie czas...
  • NIE JESTEM SAMA - były momenty, że trudno byłoby mi w to uwierzyć. Jak mam doła, to się czuje sama... Ale analizując wszystkie takie sytuacje, które mnie doświadczyły ZAWSZE JEST KTOŚ, kto wykaże choćby minimum zainteresowania naszą osobą - niezależnie od tego, czy jesteśmy na szczycie świata, czy depresji. Przydałoby się, żeby w tej drugiej sytuacji było więcej, ale stójmy na ziemi... Aha - UWAGA!!! UWAGA!!!! Unikamy osób, które nam mówią, co mamy zrobić... One nie będą za nas ponosić konsekwencji tych działań...
  • MAM PRAWO CZUĆ SIĘ SZCZĘŚLIWĄ - jak każdy zresztą. Tak długo zaniedbywałam to swoje niezbywalne prawo, że zapomniałam już o jego istnieniu... Na szczęście teraz już mam świadomość, że dopiero jak ja będę szczęśliwa - te osoby, które są dla mnie najważniejsze w życiu (I JA DLA NICH TEŻ - bo to w tej układance jest bardzo istotne) będą się czuć zdecydowanie lepiej. A wtedy mi znowu będzie lepiej. Oto mój wniosek: zadbanie o swoje poczucie szczęścia to takie perpetum mobile ;)
  • MAM PRAWO DO SAMOREALIZACJI - to element poczucia szczęścia. Źródłem niesamowitej samorealizacji może być pasja, może być praca - jeśli udaje się połączyć pracę z pasją to jest idealna sytuacja - robisz to co kochasz i jeszcze Ci za to płacą :) Ale samorealizacja to też drobniejsze przyjemności - coś co robisz, bo masz ochotę, coś co kiedyś było wielkim marzeniem - teraz już może zeszło na dalszy plan - ale udało się to zrealizować. Realizując się - dbam o siebie, więc... dorzucam sobie kolejny element do koszyczka "moje osobiste poczucie szczęścia"
  • Egoizm ma nie tylko negatywny wymiar - niektórzy coś takiego jak ZADBANIE O SIEBIE określiliby jako egoizm - szczególnie u pokolenia "wstecz" jest to bardzo popularne. Moja Mama jest na to doskonałym przykładem. Dba o wszystko i o wszystkich. ZAWSZE. Ale nigdy o siebie... I bardzo trudno jest jej zrozumieć, że musi zadbać o siebie, żeby mieć w perspektywie czasu siłę i możliwość dbania o innych. Przykład Matki Teresy z Kalkuty, która najpierw musiała pomyśleć o sobie, by później móc poświęcać się potrzebującym - wystarcza tylko na chwilę... A próba zadbania o Mamusię - jak na razie - bawi ją niemiłosiernie ;)
Od tego zaczęło się ogarnianie "mojego osobistego chaosu", czyli PROCES ZMIAN...


wtorek, 1 lipca 2014

ZRÓB PAN COŚ - czyli dlaczego warto rozmawiać z Aniołami ;-)

Mój Anioł - Opiekun, Stróż i Przyjaciel, którego nie ma fizycznie, ale zawsze jest...

Wierzę w Anioły. I nie tylko dlatego, że "w coś wierzyć trzeba". Bo one ISTNIEJĄ. I zawsze są obok - może dlatego nie czuję się aż tak bardzo sama - tak często jak bym mogła.

Ale są takie momenty, że jestem na mojego Anioła zła - dałabym dużo, żeby mieć tą pewność, że zawsze pomoże, kiedy będę tego potrzebowała. Czasami mam jednak wrażenie, że gdzieś poszedł - na piwo, na imprezę, może na lekki shopping... A mnie zostawił samą - na tzw pastwę losu... I wtedy dzieją się rzeczy, których chciałabym uniknąć, albo o których chciałabym później zapomnieć...
Czy w takich momentach zostałam sama? Chyba nie - przecież Anioły zawsze czuwają... Może w takich właśnie momentach mój Anioł płacze - że musi pozwolić losowi mnie aż tak doświadczyć. Bo jestem uparta, głupia, dumna, ślepa - i nie wiem jeszcze jaka. I mój Anioł... Nie potrafi sobie ze mną poradzić? Więc ma w zanadrzu narzędzie "dyscyplinujące" - DOŚWIADCZENIE, które zaboli mnie tak, że może w końcu otworzę oczy i WYCIĄGNĘ Z NIEGO WNIOSKI. Takie, że Anioł nie będzie miał już przy mnie w podobnych sytuacjach tyle pracy - jemu też się urlop należy... A może to sprawka Szefa Aniołów, który nie może już patrzeć jak jego podopieczny dwoi się i troi a efektów brak?...

Nie raz doświadczyłam obecności Mojego Anioła. Ale są takie momenty, których nie zapomnę i będę o nich pamiętać do końca życia. I dziękować za to, że BYŁ.

Kiedyś jadąc z Gdańska z pewnym Sceptykiem (który czasami też jest Moim Aniołem, bo czuwa nade mną dokładnie jak one, ale FIZYCZNIE JEST) - rozmawialiśmy właśnie o tych Cudownych Stworzeniach, bez których nie widzę życia. Ale jak tu rozmawiać, kiedy słyszysz "Ale gdzie jest ten Twój Anioł? Siedzi obok ciebie, czy na tylnym siedzeniu? A jak teraz gwałtownie zahamuję albo skręcę, żeby uderzyć w drzewo - to jak on ci pomoże? Olka, no proszę..." No i jak to wytłumaczyć? Poddałam się...
2 tygodnie później jechaliśmy z tego samego Gdańska ;-) z tą tylko różnicą, że dwoma samochodami. Sceptyk jechał przede mną. Na wysokości Rotmanki wyprzedził nas tir z naczepą załadowany do granic możliwości drewnem - jechał teraz bezpośrednio przed nami. Nagle zobaczyłam, że Sceptykowi pękła opona i zaczął zjeżdżać na pobocze. Nasz samochód skierowaliśmy w tym samym kierunku - pewnie będzie potrzebował pomocy... Nagle zaczęły się dziać rzeczy dziwne - zaczęły pękać opony w innych samochodach. Nie tylko po naszej stronie trasy, ale także po przeciwnej. Zrobiło się zamieszanie, samochody się zatrzymują, wszyscy szukają odpowiedzi na to, co się stało. Jak się zatrzymaliśmy - mimochodem odwróciłam się i spojrzałam do przodu - w kierunku w którym podróżowaliśmy. To co zobaczyłam, spowodowało, że poczułam drżenie w całym ciele. Tir z drewnem zaczął "tańczyć" na wszystkich możliwych pasach autostrady. Mimo znacznej prędkości, jaką ciężarówka jechała, naczepa się wypięła i zaczęła realizować swoją osobistą "podróż", po czym z olbrzymią siłą przewróciła się. Ta naczepa za którą jechaliśmy... Sceptyk się do tego nie przyzna, ale od momentu jak stał wtedy na drodze z niedowierzaniem i przerażeniem trzymając się za głowę - już nie jest takim sceptykiem w kwestii Aniołów...

Często rozmawiam z moim Aniołem. Tyle mu zawdzięczam, a wiem, że to ciągle nie koniec jego pracy nade mną:-) Od czasu "przygody" na Rotmance zaczęłam czasami rozmawiać też z Aniołami Sceptyków i Nieświadomych - oni też ich potrzebują. Nawet samego poczucia, że one są i czuwają. Może jak dobrze pogadam ;-) Anioły się bardziej uaktywnią i pokażą wyraźniej, że są:-)

Dzisiaj usłyszałam, że Aniołami są zawsze faceci. Zgadnijcie od kogo? ;-) Otóż panowie szanowni. Zachęcam do "wygooglania" sobie hasła "anioł" i przejrzenie grafik :-) Mówi się Anioł, bo ANIELICA brzmi trochę dziwnie... ;-)

A na koniec jeszcze postu, który miał być krótki...

***Drogie Anioły - czuwajcie proszę, bo potrzebuję czuć Waszą obecność. Dziękuję, że jesteście***




piątek, 20 czerwca 2014

PRZEKONANIA - to co w nas siedzi i wpływa na nasze życie...

Czym właściwie są te PRZEKONANIA? Określiłabym je jako poczucie pewności w jakimś temacie - wynikające niekoniecznie z naszych doświadczeń, ale także z wpojonych nam "prawd" - w zasadzie cały wachlarz opinii wszelakich, które wytworzyły się w naszych umysłach w sposób świadomy bądź nieświadomy. Dotyczyć mogą one naszych wartości, światopoglądu, zdolności, ograniczeń, możliwości - nas samych oraz innych osób a także przyczyn powodujących określone skutki.

Wszystko byłoby piękne i cudowne, gdyby nie to, że część przekonań, które nosimy w sobie to przekonania NEGATYWNE, czyli takie, które nas znacząco ograniczają - mimo, że często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Są dla nas niewidoczną barierą, która w niezrozumiały sposób odcina nas od tego, co wymarzymy.

Poniżej opisałam kilka przekonań - na pewno MOICH przekonań - może też poczujesz, że dotyczą one także Ciebie...

ABY SIĘ CZEGOŚ DOROBIĆ TRZEBA KOMBINOWAĆ (w wersji hardcore - KRAŚĆ) - to szczególnie często spotykane u osób, które dorastały w niekoniecznie zamożnych rodzinach - za to często wykształconych i uczciwych. Co z niego wynika? Ze jeśli uda mi się czegoś dorobić, to oznacza że dokonałam tego w sposób NIEMORALNY - tak - tutaj zespół norm moralnych jest bardzo istotny. Czyli jestem niemoralna? Auć... co ludzie powiedzą??...

MOJA STARSZA SIOSTRA ZAWSZE BYŁA LEPSZA ODE MNIE - no tego akurat sama nie doświadczyłam z braku opcji na starszą siostrę - moi rodzice niestety bezwzględnie ignorowali moje prośby o starsze rodzeństwo ;-) Niestety to ja byłam tą starszą... Zwykle te młodsze dzieci będąc już dorosłymi ludźmi są "ofiarami" tego starszego rodzeństwa, które było zdolniejsze, inteligentniejsze, bardziej pracowite , ale na Boga pamiętajmy, że oni byli STARSI o lat kilka - czego w danym momencie rodzice potrafili nie dostrzegać.itd, itd... Nie neguję absolutnie zdolności, umiejętności i osiągnięć starszego rodzeństwa, ale... jak to możliwe, że dzieci posiadające tych samych rodziców są tak różne?
Kiedy pierwsze dziecko pojawia się na świecie - jest to zawsze olbrzymia zmiana w rodzinie. Świat zostaje postawiony na rzęsach, a dziecko - co jest oczywiste - staje się "pępkiem świata" naokoło którego kręci się całe życie rodzinne. I ten monopol na rodziców... ;-) W rodzinie pojawia się następne dziecko - które przejmuje prym jeśli chodzi o uwagę rodziny. Starsze dziecko często czuje się odsunięte, więc co musi zrobić, żeby zwrócono na nie uwagę? No UDOWODNIĆ JAKIE JEST WSPANIAŁE! :-)

JESTEM ZA GŁUPI, ŻEBY TO ZROZUMIEĆ - uderzyło mnie takie stwierdzenie, kiedy pewien nastolatek usilnie próbował uczyć się języka angielskiego a mu nie wychodziło. CHCIAŁ, mocno i regularnie pracował, a nie wychodziło... To negatywne przekonanie powinno mieć etykietkę "poczucie własnej wartości"... To przykre jak łatwo (szczególnie dziecko) skrzywdzić mówiąc mu czasami w złości "jesteś za głupi, że to zrozumieć"... Dziecko okazało się zdolne, ale jego praca zaczęła przynosić efekty dopiero po "przepracowaniu" tego okrutnego przekonania...

NIE ZASŁUGUJĘ NA TO BY BYĆ KOCHANĄ - to nie jest coś, co potrafię stojąc przed swoim odbiciem powiedzieć sobie prosto w twarz. Ale czasami mam wrażenie, że znaczna część mojego życia o tym świadczy. Cały czas łapię się na tym, żeby być lepszą i lepszą. A jak okazuje się, że pojawia się uczucie - zaczynam uciekać. Boję się? Nie zasługuję? Może to jedno i drugie?
Tak - chyba mam jeszcze trochę drogi przed sobą, żeby się "ugłaskać" i w pierwszej kolejności pokochać SIEBIE - za to jaką jestem - ze swoimi zaletami i wadami. Jeśli sama siebie nie pokocham - nie pozwolę nikomu innemu siebie pokochać, bo... najnormalniej na świecie w tą miłość nie uwierzę...

W ŻYCIU NAJWAŻNIEJSZE JEST WYKSZTAŁCENIE - jedno z moich "ulubionych" przekonań. Pamiętam - rodzice i dziadkowie zawsze wkładali mi to do głowy. I jestem im wdzięczna za to - mam w sobie pęd do wiedzy, który staram się realizować. ALE - niektórzy interpretują to w troszkę krzywy sposób - dewaluując osoby, które nie mają "szkół pokończonych". Kochani moi - już wiem, że nie "papier" świadczy o człowieku, jego umiejętnościach i jego wiedzy. Ale sam człowiek wystawia światu swoje świadectwo o sobie. Pomyśl - ile w życiu udało Ci się spotkać osób o formalnie niskim wykształceniu, a wiedzy doświadczeniu i klasie - które można by postawić bardzo wysoko. No i niestety na odwrót - osób wykształconych, które reprezentują tak niski poziom, że w ogóle trudno o poziomie mówić...

PO CO PRÓBOWAĆ, SKORO I TAK SIĘ NIE UDA? - no właśnie - sami stawiamy sobie sufit nad głową, którego nie jesteśmy w stanie przebić... Pomyśl - a co by było jakby nad głową było błękitne niebo i tylko od Ciebie by zależało jak wysoko w górę się będziesz wspinać? A to wszystko zależy od CIEBIE. Czasami warto przestać się "spinać" i pozwolić, żeby wszystko potoczyło się samo... Efekty naprawdę mogą zaskoczyć... Ale cóż - kto nie gra - nie wygrywa ;-)

TABLETKA NA PEWNO MI POMOŻE - efekt placebo jest cudownym przykładem przekonania - choć niekoniecznie negatywnego - niech to będzie mała wisienka na torcie w tym poście - przekonanie, które może skutecznie ograniczyć ilość wchłanianej przez nas chemii w formie farmaceutyków... Na to przekonanie szczególnie podatne są osoby starsze i dzieci - choć dziecku niekoniecznie serwować trzeba witaminę C zamiast środka przeciwbólowego - bo często wystarczy, żeby mama przyłożyła na chwilę usta do bolącego miejsca i dziecię od razu czuje się lepiej :-)

PIENIĄDZE SZCZĘŚCIA NIE DAJĄ - absolutnie się z tym zgadzam, ale już teraz pamiętam też o tym, że to pieniądze dają możliwość np. kupowania zdrowej żywności, wizyt prywatnych u lekarzy kiedy jest to  (a na które w NFZ'cie czekalibyśmy miesiącami...), zabrania dzieci do kina, wyjazdu na weekend, żeby odpocząć. Podsumowując - pieniądze dają nam szanse na zadbanie o zdrowie i samopoczucie swoje i najbliższych, co z kolei powoduje, że... można się poczuć spokojniejszym i szczęśliwszym... A osoby, które hołdują temu przekonaniu - niekoniecznie wyglądają na osoby szczęśliwe...

NOWOTWÓR TO WYROK - może powinnam o tym przekonaniu napisać na samym początku. Przykre jest, kiedy osoby których ta choroba nie dotyczy tak mówią - bo jak można tak jednoznacznie skazywać osobę, która zachorowała? Oczywiście, że nie jest to katar, który (szczególnie w przypadku mężczyzn) może być chorobą niemal śmiertelną, ale w przypadku chorób nowotworowych przekonania bardzo dużo mogą pomóc albo i zaszkodzić...
Czy nie lepiej byłoby do nowotworu podejść jako do sygnału od organizmu, że trzeba bardziej o niego zadbać? Wiara w to, że leczenie przyniesie pozytywne efekty - daje olbrzymią siłę i energię do życia, bez której najlepsze leczenie będzie nieskuteczne. A wiara i działanie - potrafią czynić cuda :-)

Po tej drugiej stronie OGRANICZAJĄCYCH nas przekonań - znajduje się słoneczna autostrada, którą można mknąć... Warto nad nimi popracować i dać sobie szanse na łatwiejszą drogę :-)







środa, 18 czerwca 2014

"Sianie" PRZEKONAŃ, czyli... "A Babcia zawsze mówiła, że..."

Znacie na pewno powiedzenie, że coś "jednym uchem wejdzie a drugim wyjdzie". Większość z nas wierzy (albo CHCE wierzyć), że tak właśnie jest, ale jeśli mam być szczera okazuje się to tylko pobożnym życzeniem... Oczywiście jednym uchem wchodzi, drugim wychodzi, ale swój ŚLAD mimo wszystko zostawia... Ale czasami JAKI!!! W ten sposób zostają nam zaszczepione przekonania - co do których sobie nawet czasami nie zdajemy sprawy, a mają one wpływ na całe nasze życie. Warto się temu przyjrzeć....

Umysł dziecka jest chłonny jak gąbka. Jest czysty, bez zapisanych w nim wielu doświadczeń, analiz, czasami nawet traum. Jego umysł przyjmuje wszystko tak jak to mu jest podane - dlatego po latach okazuje się, że na fotelu u terapeuty - czasami musimy cofać się do dzieciństwa i przerabiać pewne tematy, które zostały zasiane i zostawione, co owoce później dawało latami. I nie mówię teraz o "owocach", które chcielibyśmy widzieć - wprost przeciwnie... Jednak nie tylko przekonania nabyte w dzieciństwie owocują - oczywiście te z dzieciństwa jeżeli nie zostały przepracowane i usunięte - rosną w swoją siłę. Ale też wiele przekonań dostajemy w prezencie od całego świata, który nas otacza.

Rodzice, dziadkowie - najbliższa rodzina, środowisko w którym dorastamy - paradoksalnie tu gdzie czujemy się najlepiej i najbezpieczniej - też potrafi dać nam niezły "prezent". Szczególnie te osoby najważniejsze w naszym życiu. Chciałabym uniknąć bycia posądzoną o to, że uznaję tych, którzy dla dziecka zrobią niemal WSZYSTKO o złe intencje - nie, absolutnie NIE.

Nie ma ludzi idealnych i nie ma ludzi wszechwiedzących. Nie każdy musi wszystko umieć, wiedzieć, znać - to jest przecież nierealne. A często będąc przekonanymi, że robimy wszystko co najlepsze - szczególnie dla naszych dzieci - robimy im "pod górkę" w przyszłości. Nie będę pisać, że robimy "kuku" - choć czasami taki właśnie jest tego efekt, ale ufam, że dziecko gdy dorośnie będzie potrafiło sobie samo, bądź z pomocą (mniejszą czy większą) sobie z tymi przekonaniami poradzić. Ale zapewniam - NIE JEST TO ŁATWE...

Następny post związany będzie z przekonaniami, których sama doświadczyłam, które sama zauważyłam u innych. Postaram się pokazać Wam jak to, co ktoś kiedyś nam mówił, pokazywał - bo sam w to wierzył - wpływa na nasze życie, a później promieniuje dalej na zasadzie powtarzalności schematu...